23 sierpnia weszło w życie rozporządzenie pozwalające urzędom stanu cywilnego wpisywać do polskich ksiąg zagraniczne akty małżeństw jednopłciowych. Kilka godzin po otwarciu okienek w pierwszy roboczy poniedziałek wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski poinformował o jedenastu wydanych dokumentach.
Zmiana jest z pozoru czysto techniczna. Do tej pory system rejestracji stanu cywilnego znał jeden wzór aktu: kobieta i mężczyzna. Rozporządzenie podpisane 22 maja przez ministrów cyfryzacji i spraw wewnętrznych dołożyło dwa kolejne. W ten sposób został rozwiązany problem, w których urzędnik, żeby w ogóle zamknąć formularz, wpisywał jednego z mężczyzn w rubrykę przeznaczoną dla kobiety.
Za nowelizacją nie stoi wola polityczna, lecz przymus orzeczniczy. 25 listopada 2025 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że w imię swobody przemieszczania się państwo członkowskie nie może traktować własnych obywateli wracających z legalnie zawartym za granicą małżeństwem jak osób sobie obcych. 20 marca tego roku Naczelny Sąd Administracyjny, w sprawie o sygnaturze II OSK 216/21, zobowiązał kierownika Urzędu Stanu Cywilnego m.st. Warszawy do transkrypcji berlińskiego aktu małżeństwa Jakuba Cupriaka-Trojana i Mateusza Trojana, zawartego 6 czerwca 2019 roku, w terminie trzydziestu dni.
Pierwszy odezwał się ZUS
Sześć dni po wyroku, 26 marca, Zakład Ubezpieczeń Społecznych opublikował na swojej stronie komunikat. Zakład stwierdził, że jest zobowiązany uznawać odpisy aktów małżeństwa sporządzone przez polskie urzędy stanu cywilnego, a para, której dotyczył wyrok, po odebraniu dokumentu będzie – cytat – traktowana na równi z innymi małżeństwami zawartymi w Polsce.
Był to pierwszy sygnał, że orzeczenie sądu przekłada się na coś więcej niż symbolikę. Za komunikatem stoi dostęp do renty rodzinnej, świadczeń po zmarłym małżonku, zasiłku opiekuńczego i pogrzebowego. Podobne stanowisko zajął Narodowy Fundusz Zdrowia, co w praktyce oznacza prawo do informacji o stanie zdrowia partnera w szpitalu – kwestię, o którą pary jednopłciowe biły się w Polsce od dwóch dekad.
Deklaracja ZUS nie wzięła się jednak z samego wyroku. Z dokumentów ujawnionych przez Instytut Ordo Iuris wynika, że trzy dni wcześniej podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Sebastian Gajewski skierował do prezesa Zakładu wystąpienie, powołując się na nadzór ministra. Analogiczne pisma trafiły według Instytutu do KRUS, Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA, Wojskowego Biura Emerytalnego i Biura Emerytalnego Służby Więziennej.
Ordo Iuris opublikował te materiały jako dowód nacisku rządu na instytucje zabezpieczenia społecznego. Z drugiej strony jest to gotowy, uporządkowany wykaz urzędów wraz z sygnaturami pism i nazwiskami urzędników. Kto przejmie władzę w 2027 roku, nie będzie musiał niczego szukać.
Dokument bez pełni uprawnień
Środowisko, które ten stan wywalczyło, studzi entuzjazm jako pierwsze. Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza konsekwentnie powtarza w mediach, że sama transkrypcja nie zapewnia wszystkich praw, a decyzje o konkretnych uprawnieniach leżą w gestii poszczególnych ministerstw.
Po resorcie zdrowia i pracy głos zabrało również Ministerstwo Rozwoju i Technologii. Wiceminister zapowiedział, że pary, które uzyskają transkrypcję, będą mogły korzystać z rodzinnych kredytów mieszkaniowych bez wkładu własnego. Tymczasem Ministerstwo Finansów Andrzeja Domańskiego stanowiska nie zajęło, co stawia w sferze domysłów podatkowe uprawnienia jednopłciowych małżonków.
Pozaministerialne stanowisko aparatu skarbowego jest ostrożne. W publikowanych interpretacjach Krajowa Informacja Skarbowa wskazuje, że transkrypcja „otwiera sferę publicznoprawną, ale sprawy nie przesądza”. Organ będzie każdorazowo badał, czy spełnione zostały pozostałe przesłanki konkretnej ustawy podatkowej. Przy wspólnym rozliczeniu PIT chodzi między innymi o istnienie wspólności majątkowej przez cały rok podatkowy, czego pary, które akt odebrały w sierpniu, w rozliczeniu za ten rok nie będą już w stanie wykazać. Warto przypomnieć przy tym, że takie obostrzenia nie są nakładane na małżeństwa heteroseksualne.
Doradcy podatkowi prognozują, że pary z polskim aktem w ręku będą w najbliższych miesiącach zaskarżać odmowne decyzje urzędów skarbowych do sądów administracyjnych. Te, opierając się na proeuropejskiej linii NSA, powinny ostatecznie przyznawać im rację i nakazywać fiskusowi honorowanie małżeńskich uprawnień. Można jednak zakładać, że zanim to nastąpi, minie kilka lat – i co najmniej jedne wybory.
Wyrok, którego nie ma
28 lipca Trybunał Konstytucyjny rozpoznał wniosek grupy posłów PiS, złożony jeszcze w marcu, tuż po orzeczeniu NSA, i uznał rozporządzenie za niezgodne z ustawą zasadniczą.
Nie ma zgody na wprowadzanie tylnymi drzwiami związków homoseksualnych, wbrew polskiej konstytucji – mówił Marcin Warchoł, zapowiadając skierowanie sprawy do Trybunału.
Koalicja rządząca zignorowała ten wyrok, argumentując, że z uwagi na obecność w składzie tak zwanych sędziów dublerów orzeczenie obarczone jest wadą prawną i w świetle prawa nie istnieje.
W ten sposób powstał stan, w którym dwie instytucje państwa stosują dwa różne porządki prawne. To, co jest obowiązującym prawem, zależy od tego, kto akurat trzyma pieczątkę. Ale przecież orzeczenie TK nie zniknęło. Leży w aktach i czeka na władzę, która uzna je za wiążące i zechce się na nie powołać.
Samowola przy okienku
Równolegle trwa cicha wojna na poziomie urzędu gminy. Burmistrz Zakopanego zapowiedział, że jego urząd nie będzie wydawał aktów małżeństwa parom jednopłciowym. Rozporządzenie oprotestowała też część samorządów, również krytyczne stanowisko zajął Episkopat. W obiegu są komercyjne szkolenia dla kierowników urzędów stanu cywilnego, prowadzone w całej Polsce, uczące, jak odrzucić wniosek i nie ponieść za to konsekwencji służbowych.
Skutki bywają groteskowe. Jola i Alicja z Lublina, które prawo do transkrypcji wywalczyły przed sądem wojewódzkim przy wsparciu funduszu prawnego prowadzonego przez Miłość Nie Wyklucza, odebrały polski akt małżeństwa, ale kierownik urzędu odmówił zmiany ich stanu cywilnego. W rejestrze wciąż widniały jako panny.
Sprawę odblokowała dopiero konferencja prasowa przed urzędem, zainteresowanie lokalnych mediów i interwencja w ministerstwie. Kobiety mają dziś w rejestrze status żon. Kolejne pary tego problemu prawdopodobnie już nie napotkają, ale precedens kosztował miesiące zaangażowania aktywistów i wymagał obecności kamer.
Strategia faktów dokonanych i jej słaby punkt
Organizacje wywodzą z tego chaosu jedyną możliwą strategię: zdążyć. Plan Miłość Nie Wyklucza na najbliższy rok zakłada doprowadzenie do transkrypcji jak największej liczby par i wywalczenie jak najszerszego katalogu praw jeszcze przed wyborami – przy założeniu, że nawet nieprzychylnej władzy trudniej będzie odebrać coś, co ludzie już mają, niż nie dać czegoś, czego jeszcze nie dostali.
Huraoptymizm rządu i społeczności maskuje jednak skrajnie niebezpieczną przyszłość przepisów. Prawnicy, tacy jak profesor Piotr Milik na łamach „Faktu”, uspokajają, że prawica po ewentualnym wygraniu wyborów nie będzie mogła wycofać aktów ze względu na zasadę ochrony praw nabytych oraz prawo unijne. Jest to jednak założenie całkowicie oderwane od politycznych realiów.
Jeżeli po wyborach lipcowe orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego zostanie uznane za obowiązujące, rozporządzenie może zostać podważone od dnia wydania. Wtedy sporządzone na jego podstawie akty stają się z perspektywy państwa dokumentami wadliwymi, a rodziny, które je uzyskały, formalnie nigdy nie istniały.
Jest w tym asymetria, o której mówi się najmniej. Podstawą transkrypcji nie jest ustawa, lecz rozporządzenie – akt wykonawczy, bez podpisu prezydenta, uchylany jednym podpisem ministra. Cała konstrukcja transkrypcji stoi więc na najsłabszym dostępnym fundamencie. Strategia, by przed wyborami doprowadzić do powstania jak największej liczby aktów i praw z nimi związanych, może więc okazać się znacznie mniej bezpieczna, niż zakładają jej autorzy.
„Przez osiem ostatnich lat”
Doświadczenie ośmiu lat rządów Zjednoczonej Prawicy nie pozostawia złudzeń co do kształtu i tempa nadchodzących zmian. Ustawy pisane na kolanie, wnoszone jako projekty poselskie dla ominięcia konsultacji, przegłosowywane w kilka godzin, w nocy, między pierwszym a trzecim czytaniem tego samego dnia – w latach 2015-2023 to była rutyna, nie wyjątek. W związku z tym nie ma najmniejszego powodu zakładać, że demontaż praw mniejszości będzie ciągnął się miesiącami. Wręcz przeciwnie: widzieliśmy już przecież wiele przykładów, ile czasu trwa stanowienie nowego prawa.
Nie jest wcale pewne, czy nie otworzy to drogi do najbardziej dotkliwego scenariusza: żądania zwrotu tego, co pary zdążyły z czasem otrzymać od Skarbu Państwa. Dotyczy to nie tylko ulg podatkowych, ale przede wszystkim świadczeń wypłaconych przez ZUS. Ustawa o systemie ubezpieczeń społecznych pozwala Zakładowi domagać się zwrotu nienależnie pobranych świadczeń wraz z odsetkami i potrącać je z bieżących wypłat, co do zasady za okres do trzech lat wstecz. Adresatem takiej decyzji byłaby najczęściej osoba owdowiała, dla której renta rodzinna jest jedynym źródłem utrzymania.
Prawnicy wskazują kontrargument i jest on mocny: świadczenie nie jest nienależnie pobrane, jeśli pobierano je w dobrej wierze, na podstawie prawidłowego dokumentu i bez pouczenia o utracie prawa. Obywatel, który złożył wniosek w urzędzie i dostał akt z orzełkiem, działał w zaufaniu do państwa.
Kolejność jest jednak odwrotna, niż się wydaje. Najpierw organ wydaje decyzję, a dopiero potem obywatel ma prawo się odwoływać. Postępowanie skarbowe nie będzie jednak czekać na prawomocny wyrok, podatek stanie się natychmiast wymagalny. Wnioski o wstrzymanie wykonania decyzji uwzględniane bywają rzadko, a organ w większości sytuacji zabezpiecza swój interes hipoteką przymusową i blokadą rachunków bankowych. Droga przez sąd wojewódzki i skargę kasacyjną to realnie cztery, pięć lat postępowania. Wygrana na końcu tej drogi nie zwróci lat spędzonych ze zszarganymi nerwami i… zajętymi kontami. Czy po historiach z OFE, podatkiem Belki, podwyżką VAT, istnieje choć cień pewności, że państwo będzie się trzymać złożonych obietnic?
Nowy element: Konfederacja
Wobec poprzedniej kadencji doszedł jednak czynnik, którego wcześniej nie było. Kosztem PiS-u rośnie Konfederacja, a obok niej ugrupowanie Grzegorza Brauna, dla którego wyjście Polski z Unii Europejskiej nie jest hipotezą, lecz programem.
To zmienia rachunek ryzyka. Analizy uspokajające, że nowa władza cofnie się przed konfliktem z Brukselą, opierają się na modelu PiS-u: partii, która testowała granice, płaciła kary, traciła fundusze, ale formalnej secesji nie chciała. Nawet ten model okazał się dla praworządności rujnujący – wystarczy przypomnieć kryzys wokół Izby Dyscyplinarnej, milion euro kary dziennie, zamrożone na lata środki z KPO oraz samorządowe uchwały tworzące strefy wolne od LGBT.
Koalicjant, który od dawna wprost deklaruje wyjście ze wspólnoty, nie będzie miał żadnego powodu traktować wyroków TSUE nawet jako niedogodności.
Do tego dochodzi bierność obecnej większości. Rząd Donalda Tuska funkcjonuje w przestrzeni publicznej głównie jako operator bezpieczeństwa – granica, wschodnia flanka, budżet obronny. Prawa obywatelskie, które w państwie o stabilnym porządku prawnym byłyby dawno zapisane w ustawach, załatwiane są rozporządzeniami i deklaracjami wiceministrów.
Jesienią 2027 roku ta konstrukcja może trafić w ręce koalicji, która w odróżnieniu od ekipy z 2015 roku nie będzie się już musiała uczyć, jak się zabetonować. I tym razem – czy się to komuś podoba, czy nie – zabetonuje się skutecznie.

