Aktualności Lifestyle Prawo 

Napastnik Kosmy Kołodzieja ukarany po 1,5 roku od ataku

Na początku 2018 r. na Tęczowego aktywistę, Kosmę Kołodzieja, napadło trzech mężczyzn. W ostatni czwartek września sąd wymierzył wyrok jednemu z nich. Działacz po 1, 5 roku mógł odetchnąć z ulgą i przekonać się, że wbrew pozorom prawo stoi po stronie prześladowanych.

Głośna, wrażliwa owca

Kosma Kołodziej pochodzi ze Złotowa, ale na stałe mieszka w Bydgoszczy. Kiedyś był gorliwym katolikiem. Dziś poważnie zastanawia się nad apostazją, funkcjonując w roli owcy, która głośno beczy i uwrażliwia na hipokryzję duchowieństwa. Przez bliskich postrzegany jest jako „wrażliwy, spokojny, do szpiku dobry młody facet”.

Doktorant w Katedrze Neuropsychologii Klinicznej Collegium Medicum ma wiele pasji. W jego sercu jest miejsce m.in. na fotografię i aktywizm. „Mistrz ulotnych chwil” doskonale sprawdza się w działaniu na rzecz naszej społeczności, ale również w akcjach o szerszym kontekście.

Ważne są dla niego np. inicjatywy edukacyjne, antyfaszystowskie oraz takie, których celem jest ochrona niezawisłości sądów. Swój talent do robienia zdjęć wykorzystuje do tworzenia przejmujących reportaży. Nie obca jest mu ponadto praca charytatywna w działającej m.in. na rzecz osób z niepełnosprawnościami Fundacji Złotowianki. Wspólnym mianownikiem wszystkich przedsięwzięć, jakich – w różnych sferach życia – się podejmuje, jest temat wykluczenia.

Nikomu nie wadzę

Kosma Kołodziej nie szuka zaczepki, nie wkłada kija w mrowisko. Po prostu ma swoje poglądy. Zawsze znajdą się jednak ludzie, gotowi skrzywdzić każdego, kto – ich zdaniem – nie jest wystarczająco „prawilny”. Tak też się stało, gdy społecznik w Nowy Rok 2018 wracał z Poznania w towarzystwie przyjaciół.

Gdy po opuszczeniu pociągu grupka przemierzała dworcowy tunel, ktoś wywołał imię Kosmy. Nie był to nikt znajomy, więc podróżnik dalej szedł przed siebie. Kilka chwil później trójka mężczyzn zablokowała Kołodziejowi oraz jego kumplom drogę, otaczając go. Dżentelmeni o dość specyficznych nakryciach głowy – dwóch w kominiarkach i jeden ubrany w czapkę ze znaczkiem lokalnego klubu sportowego Zawisza – oznajmili, że muszą sobie coś z aktywistą wyjaśnić.

„Masz wypierd… z Bydgoszczy, to nie Twoje miasto! Wiemy, czym się zajmujesz i jakimi drogami chodzisz, masz się przestać lansować na bydgoskich ulicach” – zażądali.

Na odchodne chuligani polecili wystraszonemu społecznikowi, by na siebie uważał „bo ich kolejne spotkanie nie skończy się już tak dobrze”. Żaden z przechodniów nie udzielił pomocy.

Trzeba mówić

Walka o to, by sprawiedliwości stało się zadość nie należała do najprostszych. Już na pierwszym jej etapie zwolennikowi równouprawnienia trudności przysporzyła niezbyt skora do współpracy policja. Żeby sprawa w ogóle ruszyła, poszkodowany musiał się o to upomnieć u przełożonych policjanta, który wysłuchał jego zeznań. Niechęć, jaką bombardował mundurowy jeszcze bardziej zmobilizowała artystę do tego, żeby nie odpuszczać. Doświadczenia te utwierdziły go bowiem w przekonaniu, że o takich sytuacjach trzeba mówić.

Dalsze zmagania też wymagały dużej dozy cierpliwości, bo po kilku tygodniach ochrony policyjnej, postępowanie w interesie głównego zainteresowanego znowu utknęło w martwym punkcie. Prokurator ocenił szkodliwość popełnionego przez neo-faszystę czynu jako niską i dążył do warunkowego umorzenia śledztwa, a sąd pierwszej instancji przychylił się do tego wniosku. Młody naukowiec nie chciał się poddać i złożył odwołanie. Poleceni przez zaprzyjaźnionych Obywateli RP prawnicy przekonali natomiast sąd drugiej instancji, że ich klient padł ofiarą przestępstwa z nienawiści.

Wytrwałość zaangażowanego Bydgoszczanina zaowocowała sankcjami nałożonymi na jednego z rozpoznanych napastników. Winny Tomasz P. usłyszał wyrok półrocznego pozbawienia wolności. W okresie zawieszenia, czyli przez dwa lata, jego postępy w ewentualnej poprawie zachowania będzie nadzorował kurator. Sprawca musi dodatkowo przeprosić entuzjastę społeczeństwa obywatelskiego i pokryć koszty procesu.

Agresor, który aktualnie przebywa za granicą, w odczytanych przez sąd zeznaniach nie przyznał się do grożenia Kosmie Kołodziejowi na Facebook’u, upierał się, że chciał tylko porozmawiać, odcinał się od kolegów, a oni sami uniknęli konieczności stawienia się na wokandzie. Nie zraziło to jednakże wszechstronnie uzdolnionego przyjaciela ludzi.

„Moja historia dowodzi, że pomimo tego, co się dzieje w naszym kraju, prawo stoi po naszej stronie. Mam nadzieję, że wyrok w mojej sprawie doda sił innym, zastraszanym z powodu orientacji seksualnej czy działalności społecznej. Sprawcy nie są bezkarni”– tryumfował.

Finał cieszy go tym bardziej, że sprawa ciągnęła się ponad rok, a uczestniczenie w niej kosztowało go wiele trudnych emocji i zmarnowanej energii.

Czy według Was wyrok jest adekwatny do tego, przez co musiał przejść reprezentujący naszą społeczność działacz? Mieliście kiedyś okazję zrobić coś wspólnie z Kosmą? Zachęcamy do dzielenia się miłymi wspomnieniami z akcji i napisania kilku słów uznania dla jego dzielnej osoby.

Źródła: facebook.com, queer.pl [1] [2] bydgoszcz.wyborcza.pl [1] [2] [3] [4] [5]  fot. bydgoszcz.wyborcza.pl

Polecane artykuły

Zostaw komentarz