Czerwiec na całym świecie rozpoczyna się pod znakiem Miesiąca Dumy – międzynarodowego święta wolności, równości i afirmacji społeczności LGBTQIA+. Od historycznych zamieszek w nowojorskim klubie Stonewall Inn w 1969 roku, przez dekady marszów i walki o podmiotowość, zachodnie demokracje nauczyły się celebrować różnorodność jako fundament praw człowieka. W Polsce jednak, AD 2026, czerwiec nie przynosi powodów do świętowania. Dla milionów nieheteronormatywnych obywateli nad Wisłą to raczej kolejny moment frustracji, gniewu i poczucia głębokiego instytucjonalnego zawodu.
Czy którykolwiek „pedaluch” ma jakiekolwiek wątpliwości, że mamy w Polsce przerąbane? Statystyki i codzienna rzeczywistość prawna bezlitośnie obnażają dystans, jaki dzieli kraj od reszty kontynentu. Choć w przestrzeni publicznej hucznie ogłasza się sukcesy, prawda ukryta w oficjalnych danych i na sejmowych korytarzach maluje obraz państwa, w którym systemowy wstyd i wykluczenie wciąż mają się nadzwyczaj dobrze.
Świadectwem tej stagnacji jest opublikowany niedawno coroczny raport ILGA Europe 2026. Polska zajęła w nim jedenaste od końca miejsce wśród państw Unii Europejskiej, wyprzedzając Ukrainę, Rumunię, Monako, Gruzję, Armenię, Białoruś, Turcję, Azerbejdżan i Rosję.
Dokument analizujący standardy prawne obnaża dramatyczne, systemowe luki: Polska nie zdobyła ani jednego punktu w kluczowych kategoriach, takich jak ochrona i prawne uznanie rodzin, przeciwdziałanie przestępstwom z nienawiści czy integralność cielesna osób interpłciowych.
Sytuacji nie poprawia fakt, że nawet minimalne próby ułatwienia obywatelom życia stają się zakładnikami politycznej wojny na szczytach władzy. Pod koniec maja Sejm przyjął wprawdzie minimalną większością 230 głosów rządowy projekt ustawy o statusie osoby najbliższej, dający parom żyjącym w umowach o wspólnym pożyciu podstawowe narzędzia ułatwiające codzienność, jak dostęp do informacji medycznej czy notarialny wybór ustroju majątkowego. To jednak krok skrajnie spóźniony, daleki od standardu pełnej równości małżeńskiej, a jego los i tak jest z góry przesądzony.
Wszystko rozbija się o zapowiedź weta ze strony Pałacu Prezydenckiego. Prezydent Karol Nawrocki jednoznacznie zadeklarował, że nie podpisze regulacji, które uzna za alternatywę dla konstytucyjnej instytucji małżeństwa. Głos w tej sprawie zabrał szef gabinetu prezydenta, Paweł Szefernaker, podczas konferencji prasowej po sejmowym głosowaniu:
Nie ma i nie będzie zgody pana prezydenta na legalizację związków partnerskich – mówił, komentując sceptyczne stanowisko głowy państwa wobec nowo przyjętych przez Sejm przepisów.
Sceptycyzmu nie kryje również sam szef rządu, Donald Tusk, przyznając wprost, że przygotowany projekt celowo pozbawiony był radykalizmu, by w ogóle dać mu szansę na przetrwanie w obecnych realiach politycznych.
Przygotowaliśmy taki projekt, który nie był radykalny, który ma ułatwić ludziom życie” – mówił, dodając jednocześnie, że nie jest optymistą co do ostatecznej decyzji prezydenta w sprawie ustawy o statusie osoby najbliższej.
Polskie zacofanie w obszarze praw człowieka ma też swoją konkretną, ludzką cenę, którą społeczeństwo płaci każdego dnia. Przez lata polscy politycy pozwalali sobie na odhumanizowywanie całych grup społecznych. W pamięci wciąż żywe są „Strefy wolne od LGBT”, ale też liczne wypowiedzi polityków, choćby słowa posła Jacka Żalka z 2020 roku, który na antenie TVN24 wprost zanegował ludzką podmiotowość osób nieheteronormatywnych, wywołując natychmiastową reakcję prowadzącej program Katarzyny Kolendy-Zaleskiej. Następstwem tych słów była wówczas brunatna fala kampanii prezydenckiej i pamiętne przemówienie Andrzeja Dudy w Brzegu:
Próbuje się nam proszę państwa wmówić, że to ludzie. A to jest po prostu ideologia. (…) Nie po to pokolenie moich rodziców przez 40 lat walczyło, żeby wyrzucić ideologię komunistyczną ze szkół (…) żebyśmy teraz godzili się na to, żeby przyszła inna ideologia, jeszcze bardziej niszcząca dla człowieka” – grzmiał w czerwcu 2020 roku ówczesny prezydent Andrzej Duda podczas spotkania z mieszkańcami Brzegu.
Wieloletnie szczucie, tworzenie niesławnych „stref wolnych od LGBT” przez samorządy, co z determinacją dokumentowali aktywiści z zamkniętego jakiś czas temu projektu „Atlas Nienawiści”, doprowadziło do głębokich pęknięć społecznych. Strach i agresja zakorzeniły się w społeczeństwie tak mocno, że dziś wyzwalają nawet absurdalne akty nienawiści wobec… historycznych symboli. Przykładem jest majowa sytuacja z Puław, gdzie oficjalna flaga miasta o historycznych barwach rodu Czartoryskich została zaatakowana przez internautów wulgarnym hejtem, ponieważ niewykształceni komentatorzy pomylili ją z symboliką ukraińską, a nawet z postulatami mniejszości seksualnych.
Ta wszechobecna polaryzacja i kompletny brak systemowego bezpieczeństwa prawnego wypychają Polaków z kraju. Badania naukowców z uniwersytetów w Oxfordzie i Wiedniu udowodniły, że w regionach objętych dawniej uchwałami anty-LGBT odnotowano kilkunastoprocentowy wzrost poszukiwania pracy za granicą. Tracimy jako państwo bezpowrotnie najmłodszy, wykwalifikowany kapitał ludzki, bo młodzi ludzie wolą emigrować, niż żyć w permanentnym poczuciu wstydu i zagrożenia.
Zamiast świętować i maszerować z uśmiechem, polskie środowiska queerowe organizują marsze gniewu. Bez fundamentalnych, odważnych zmian legislacyjnych czerwiec nad Wisłą pozostaje jedynie rocznicą niespełnionych obietnic, a Polska – skansenem Europy w kwestii standardów praw człowieka. Ale (i chyba nikt w tej kwestii nie ma już złudzeń), kolejne wybory zmienią i zabetonują scenę polityczną na wiele kolejnych lat. Kto wie, co się stanie wówczas z prawami mniejszości?

