Dlaczego politycy „grzeją” temat adopcji?

Autor: RS

Polskie Stronnictwo Ludowe zapowiada złożenie w Sejmie własnego projektu ustawy, który ma wprost zakazać adopcji dzieci przez osoby żyjące w takich związkach. Inicjatywa ta wpisuje się w przybierający na sile spór wokół praw osób LGBT w Polsce. Prawnicy i eksperci nie mają jednak wątpliwości – z punktu widzenia obowiązujących przepisów i praktyki sądowej, debata ta toczy się wyłącznie w sferze politycznej i symbolicznej.

Sygnał do legislacyjnej ofensywy dał europoseł PSL, Krzysztof Hetman. Polityk odniósł się do planowanego na koniec wakacji wejścia w życie rozporządzenia, które umożliwi transkrypcję, czyli przepisanie zagranicznych aktów małżeństwa do polskich ksiąg w każdym urzędzie stanu cywilnego.

Zupełnie inne nastroje panują jednak wśród niektórych sejmowych decydentów. Wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski nie kryje, że w części środowisk konserwatywnych istnieje wyraźna obawa przed daleko idącymi, prawnymi konsekwencjami uznawania związków zawartych poza granicami kraju.

Działania ludowców zbiegają się w czasie z ruchem Konfederacji. Krzysztof Bosak poinformował o złożeniu projektu zakładającego całkowity i bezwzględny zakaz przysposobienia dzieci dla par jednopłciowych. Zakaz ten miałby obejmować zarówno adopcję zewnętrzną, jak i wewnętrzną, czyli przysposobienie biologicznego dziecka partnera, niezależnie od zagranicznego statusu takiej relacji.

Rząd na razie skupia się na regulacji skutków transkrypcji w obszarach podlegających kompetencjom unijnym. Dotyczy to między innymi kwestii podatkowych, dziedziczenia czy ubezpieczeń społecznych, do czego dostosowują się już ZUS oraz NFZ. Prawo rodzinne pozostaje jednak wyłączną jurysdykcją Warszawy. Z doniesień medialnych wynika przy tym, że resorty rządowe od dawna przygotowują własną nowelizację Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, która ma jednoznacznie zarezerwować instytucję adopcji wyłącznie dla par heteroseksualnych.

Prawnicy z dużym dystansem patrzą na tę polityczną gorączkę. Zwracają uwagę, że obecny szum medialny nie dotyczy restrykcyjnych procedur, które już funkcjonują w Polsce, lecz obaw przed prawami nabywanymi automatycznie po wejściu w życie nowych przepisów o transkrypcji. Wskazują przy tym, że „grzanie” tematu jest opłacalne politycznie, ponieważ od dawna, niezmiennie polaryzuje społeczeństwo. Podkreślają przy tym, że polski system prawny już teraz skutecznie uniemożliwia parom jednopłciowym adopcję „obcego” dziecka i znacznie utrudnia przysposobienia. Każda taka procedura wymaga bowiem pozytywnej kwalifikacji ośrodka adopcyjnego (w przypadku adopcji zewnętrznej), a ostateczny głos zawsze należy do sądu rodzinnego. Z tego punktu widzenia wprowadzanie kolejnych zakazów jest prawnie bezprzedmiotowe.

Skąd więc niepokój po prawej stronie sceny politycznej? Wynika on ze współczesnej wykładni artykułu 18 Konstytucji RP. W nowszych wyrokach Naczelny Sąd Administracyjny oraz sądy powszechne orzekają, że przepis ten nie zawiera negatywnej definicji małżeństwa jako wyłącznie związku kobiety i mężczyzny. Nakłada jedynie na państwo obowiązek szczególnej ochrony zalegalizowanych relacji heteroseksualnych.

Dla zwolenników twardych restrykcji to jasny sygnał ostrzegawczy. Argumentują, że ewentualne uznanie małżeństw osób tej samej płci automatycznie otworzyłoby im drogę do przysposobienia dziecka. Powołują się przy tym na art. 115 § 1 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, który wprost wskazuje, że „przysposobić wspólnie mogą tylko małżonkowie”.

Praktycy prawa tłumaczą jednak, że taka argumentacja pomija spójność całego prawa rodzinnego, które stanowczo odrzuca automatyzm w przyznawaniu praw rodzicielskich. Nawet gdyby para jednopłciowa uzyskała status małżonków, barierą nie do przebycia jest konstrukcja tak zwanej adopcji wewnętrznej. Zgodnie z prawem, rodzice biologiczni mogą wskazać osobę mającą adoptować ich dziecko wyłącznie wtedy, gdy jest to krewny albo małżonek.

Nawet uznanie zagranicznego związku za małżeństwo nie rozwiązuje problemu. Skutkiem każdej adopcji w Polsce jest wygaśnięcie dotychczasowych relacji pokrewieństwa. Jedyny wyjątek dotyczy sytuacji, gdy dziecko adoptuje mąż matki lub żona ojca. Przepisy te opierają się na dychotomicznym, heteroseksualnym modelu rodziny i nie przewidują współistnienia w rejestrach stanu cywilnego dwóch matek lub dwóch ojców. Bez zrewolucjonizowania prawa o filiacji, żaden polski sąd nie ma narzędzi, by orzec taką adopcję bez jednoczesnego odebrania praw rodzicielskich biologicznemu rodzicowi.

Drugim i najważniejszym powodem, dla którego nowe zakazy są systemowo zbędne, jest fakt, że prawo nie daje nikomu „prawa do adopcji”. Daje jedynie możliwość złożenia wniosku. Decyzja zawsze leży w rękach sądu opiekuńczego, kierującego się nadrzędną i bezwzględną zasadą dobra małoletniego.

Sądy i ośrodki adopcyjne szczegółowo badają środowisko wychowawcze w kontekście całego otoczenia społeczno-prawnego. Ponieważ polski system nie zna instytucji rodzicielstwa osób tej samej płci, orzeczenie adopcji stworzyłoby dla dziecka sytuację potężnej dysfunkcji w kontaktach z urzędami, szkołami czy ochroną zdrowia. Sędziowie traktują to jako naruszenie dobra dziecka. Ten sam mechanizm weryfikacji funkcjonuje w przypadku adopcji przez osoby samotne, która w Polsce jest w pełni legalna bez względu na orientację psychoseksualną wnioskodawcy.

Podczas gdy politycy kruszą kopie o przepisy symboliczne, rzeczywisty dramat polskiego systemu opieki rozgrywa się z dala od sejmowych kamer. Z danych statystycznych jasno wynika, że w placówkach i rodzinach zastępczych przebywa ponad 70 tysięcy dzieci. Problem w tym, że większość z nich ma nieuregulowaną sytuację prawną. Sądy powszechne niezwykle często decydują się jedynie na ograniczenie, a nie pozbawienie władzy rodzicielskiej biologicznych rodziców. To zjawisko na długie lata paraliżuje procesy adopcyjne.

Barierą są również oczekiwania samych kandydatów na rodziców. Większość wnioskujących poszukuje dzieci możliwie najmłodszych i zdrowych. W systemie dramatycznie brakuje natomiast rodzin gotowych przyjąć liczne rodzeństwa, dzieci starsze czy obciążone chorobami. W efekcie setki podopiecznych spędzają w państwowych instytucjach całe swoje dzieciństwo.

Tymczasem rzeczywistość społeczna od dawna wymyka się regulacjom. Według szacunków organizacji pozarządowych, w tym Kampanii Przeciw Homofobii, w tak zwanych tęczowych rodzinach wychowuje się w Polsce około 50 tysięcy dzieci. W świetle bezwzględnych przepisów prawa, partner lub partnerka biologicznego rodzica jest jednak dla nich osobą zupełnie obcą. Brak jakichkolwiek uregulowanych praw i obowiązków generuje dla tych obywateli codzienną masę problemów i komplikacji formalnych, od wizyty u lekarza po odbiór dziecka ze szkoły.