Kiedy rząd wybiera (sobie) wyroki

Autor: RS

Współczesna debata o stanie polskiej demokracji często grzęźnie w prawniczym żargonie, jednak u jej podstaw leży prosta, niemal restauracyjna metafora: czy praworządność można traktować jak menu, z którego politycy wybierają tylko te dania, które akurat im smakują?

List otwarty, pod którym podpisało się ponad sto organizacji społecznych, w tym Helsińska Fundacja Praw Człowieka czy Stowarzyszenie Iustitia, stanowi brutalne „sprawdzam” dla ekipy Donalda Tuska. Sygnatariusze przypominają, że wyroki sądów to nie uprzejme sugestie, lecz twardy fundament państwa. Ostrzegają przy tym przed niebezpiecznym precedensem: jeśli władza zacznie traktować niewygodne orzeczenia jako problem polityczny, a nie prawny obowiązek, zniweczy kapitał zaufania milionów ludzi, którzy w październiku 2023 roku stali w kolejkach do urn, wierząc w powrót cywilizowanych standardów.

Zamiast systemowych zmian, obserwujemy spektakl gry na zwłokę i biurokratycznej obstrukcji. Symbolem tego impasu stała się sprawa Jakuba i Mateusza, którzy po ślubie w Berlinie musieli stoczyć batalię o uznanie swojego związku w ojczyźnie. Choć Naczelny Sąd Administracyjny, idąc śladem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, nakazał rejestrację ich małżeństwa, machina urzędnicza wydaje się zacięta. Wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski tłumaczy zwłokę „fizycznym obiegiem dokumentów”, twierdząc, że 30-dniowy termin na wykonanie wyroku zacznie biec dopiero w momencie, gdy akta fizycznie dotrą z sądu do urzędu. Jednocześnie z kuluarów dobiegają sygnały o planach niemal cynicznych: wedle ustaleń medialnych rząd rozważa umożliwienie transkrypcji wyłącznie tej jednej, zwycięskiej parze. Takie podejście byłoby nie tylko ucieczką od systemowego rozwiązania problemu tysięcy obywateli, ale wręcz kpiną z idei równości wobec prawa.

Techniczne wymówki, którymi posiłkuje się resort cyfryzacji, coraz trudniej utrzymać w starciu z faktami. Dariusz Standerski przekonuje, że sprawa jest skomplikowana i „to nie kwestia zmiany dwóch pól w formularzu”, deklarując gotowość resortu do „doradzania” urzędnikom, jak wypełnić tabelki w przestarzałym systemie. Jednak prawdziwy hamulec znajduje się gdzie indziej. Gotowe od miesięcy rozporządzenie, które mogłoby systemowo przeciąć ten węzeł, jest blokowane wewnątrz rządu. Głównym oponentem okazuje się Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji pod wodzą Marcina Kierwińskiego. To uderzający paradoks: minister reprezentujący formację deklarującą powrót do europejskich standardów blokuje dokument, który umożliwiłby realne wykonanie wyroków TSUE.

Wewnątrzkoalicyjne pęknięcia stają się coraz bardziej widoczne, a retoryka „poszukiwania formuły” traci na wiarygodności. Podczas gdy politycy tacy jak Borys Budka w wywiadach radiowych forsują tezę o konieczności uchwalenia ustawy ze względu na „prawo prywatne międzynarodowe”, prawnicy jasno wskazują, że wystarczyłoby zwykłe rozporządzenie. W tej politycznej układance głos Lewicy brzmi zaskakująco cicho. Mimo deklaracji Włodzimierza Czarzastego o konieczności „przepychania granic” i przypominania, że w niektórych regionach Polski połowa dzieci rodzi się poza małżeństwami, jego formacja wykazuje mniejszą determinację w walce o własny elektorat niż chociażby Polska 2050 w swoich priorytetowych projektach. To milczenie w obliczu blokady MSWiA budzi narastające niezrozumienie wśród wyborców.

Rozczarowanie środowisk społecznych potęguje fakt, że obecne propozycje rządowe są jedynie namiastką godności. Hubert Sobecki ze stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza wprost mówi o poczuciu wykorzystania – po tysiącach listów i konsultacji, projekt ministry Katarzyny Kotuli, nad którym pracowali społecznicy, trafił do kosza. To, co pozostało, określane jest złośliwie modelem „współlokatora plus”, który zmusza pary do wizyt u notariusza zamiast w USC i rażąco ignoruje kluczowe aspekty życia, takie jak piecza zastępcza, prawo do wspólnego nazwiska czy prawo do decyzji o pochówku.

Tymczasem profesor Ewa Łętowska od lat konsekwentnie obala mit o konstytucyjnej blokadzie takich zmian. Wybitna prawniczka podkreśla, że słynny artykuł 18 Konstytucji zapewnia „uprzywilejowaną ochronę” małżeństwom heteroseksualnym, ale w żadnym miejscu nie zawiera zakazu dla innych form pożycia. Hierarchizacja związków w Polsce jest wyłączną decyzją ustawodawcy, a obecny opór nie wynika z litery ustawy zasadniczej, lecz z czysto politycznej kalkulacji i braku woli.

Hipokryzję obecnego układu sił najdobitniej obnaża zestawienie bierności w sferze praw człowieka z ofensywą w sprawach symboliczno-religijnych. Podczas gdy związki partnerskie są etykietowane jako „sprawy światopoglądowe”, których nie wolno narzucać, ci sami politycy PSL, ramię w ramię z PiS i Konfederacją, forsują uchwałę o Roku Objawień Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Dziennikarz Patryk Michalski słusznie punktuje ten dualizm: Sejm ma uznać „rzekome objawienia” za obiektywny fakt historyczny i zachęcać szkoły do ich upamiętniania, podczas gdy prawa obywateli traktuje się jako kwestię opinii, która może poczekać.

Jeśli rząd Donalda Tuska będzie kontynuował ten „odważny marsz w stronę prawicowego konserwatyzmu”, jak opisuje to „Kultura Liberalna”, ryzykuje realizację dawnej wizji Jarosława Kaczyńskiego o „Budapeszcie w Warszawie” – tyle że w polskim wydaniu, gdzie progresywny elektorat zostanie zepchnięty w otchłań całkowitej apatii. Państwo, które wygrało pod hasłami praworządności, a dziś traktuje wyroki TSUE i NSA jako niewygodny balast, staje na krawędzi utraty wiarygodności. Jeśli prawa człowieka nadal będą traktowane jedynie jako „kiełbasa wyborcza”, przy kolejnych wyborach może zabraknąć tych, których ręce dziś drżą z zawodu nad wspomnieniem nadziei z 15 października.