I co mi pan zrobisz? (1/2)

Autor: RS

Od dekad polska klasa polityczna odgrywa ten sam, do bólu przewidywalny spektakl wokół praw osób LGBTIQ+. To rytualny taniec złożony z obietnic bez pokrycia, markowanych gestów i cynicznej gry na emocjach ludzi, których jedynym „grzechem” jest chęć sformalizowania relacji we własnym kraju. Dla tysięcy par, które w grudniu 2023 roku z nadzieją powiewały tęczowymi flagami, wierząc, że symboliczny koniec „stref wolnych od LGBT” zwiastuje realną zmianę prawną, dzisiejsza rzeczywistość jest gorzką pigułką. Entuzjazm ustąpił miejsca zaciśniętym z bezsilności zębom, a prawo stało się polem bitwy, na którym żywi ludzie służą jedynie jako pionki w koalicyjnej partii szachów.

Fundamentem walki o tę normalność stały się wyroki międzynarodowych trybunałów, które bezlitośnie obnażają polskie zapóźnienie. Jeszcze w grudniu 2023 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie Przybyszewska i inni przeciwko Polsce orzekł jednoznacznie: Polska narusza Europejską Konwencję Praw Człowieka. Brak jakichkolwiek ram prawnych dla związków osób tej samej płci uznano za pogwałcenie prawa do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego. Strasburg nie nakazał Warszawie wprowadzania małżeństw jednopłciowych, ale postawił jasne żądanie: państwo musi zapewnić tym obywatelom realną i skuteczną ochronę.

W pierwszych miesiącach po zmianie władzy wydawało się, że nowa ekipa rozumie tę konieczność. Narracja była spójna i pełna empatii – „godność nie jest światopoglądem”, deklarowano w mediach. Ministra ds. równości Katarzyna Kotula regularnie przekonywała, że ustawa o związkach partnerskich to „absolutne minimum przyzwoitości”. Jednak to minimum szybko zderzyło się z murem partyjnych interesów, gdzie głównym hamulcowym okazało się Polskie Stronnictwo Ludowe. Choć rządy się zmieniły, czas w tej materii stanął w miejscu – dwa lata upłynęły na jałowych sporach o to, jak ma wyglądać ustawa, która zadowoli konserwatywnych koalicjantów, nie dając jednocześnie niemal nic zainteresowanym.

Mimo wyroku ETPCz, lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz twardo postawił granice, deklarując, że nie poprze rozwiązań zrównujących związki partnerskie z małżeństwem. W praktyce oznaczało to systematyczne kastrowanie projektu: wykreślenie uroczystości w Urzędzie Stanu Cywilnego na rzecz chłodnej wizyty u notariusza, usunięcie przepisów o wspólnym nazwisku czy wspólnym rozliczeniu podatkowym. Z hucznie zapowiadanego „historycznego przełomu” pozostał kadłubowy twór – „ustawa o wspólnym pożyciu”, która przypomina raczej umowę handlową niż fundament rodziny.

Opieszałość Rządu nie uszła uwagi Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W wyroku z listopada 2025 roku TSUE przypomniał Polsce o obowiązku uznawania stanu małżeńskiego zawartego w innym kraju członkowskim. Sprawa dwóch Polaków, którzy pobrali się w Niemczech, a po powrocie zderzyli się z odmową transkrypcji aktu małżeństwa przez wojewodę mazowieckiego, stała się symbolem prawnego absurdu. Trybunał podkreślił, że choć państwa same decydują o definicji małżeństwa, nie mogą ignorować faktu jego istnienia, jeśli zostało zawarte legalnie w ramach unijnej swobody przemieszczania się. Życie rodzinne nie może wyparować w momencie przekroczenia granicy.

Dziś nawet ten legislacyjny ochłap, wypracowany w drodze zgniłego kompromisu, kurzy się w sejmowych podkomisjach. Politycy PSL, szafując hasłami o „ochronie tradycji”, skutecznie zamrozili prace, licząc na to, że temat po prostu ucichnie. Z kolei Lewica, uwięziona w koalicyjnej matni, próbuje desperacko przekonywać samą siebie, że „lepszy rydz niż nic”. Problem w tym, że temu rydzowi dawno już odpadł kapelusz, a polska społeczność LGBT+ po raz kolejny dowiaduje się, że na swoją godność musi jeszcze poczekać, bo w politycznym kalendarzu zawsze znajdą się sprawy „ważniejsze”.

Kurioza z kuluarów: „tęczowe wywłaszczenie” polskiej ziemi

W polskiej debacie publicznej zdarzają się momenty, w których logika musi ustąpić miejsca czystej politycznej kreacji, a argumenty merytoryczne przegrywają z siłą sugestywnego obrazu. Tak właśnie stało się w przypadku kuriozalnej tezy kolportowanej przez polityków PSL, którzy w dyskusji o związkach partnerskich zaczęli roztaczać wizję zagrożenia dla polskiej ziemi. Narracja ta, sugerująca, że nowa instytucja prawna mogłaby stać się „tylną bramą” dla obcokrajowców pragnących przejmować krajowe nieruchomości rolne, szybko nabrała cech politycznego surrealizmu. Choć na pierwszy rzut oka brzmi to jak scenariusz z pogranicza teorii spiskowych, argument ten z pełną powagą zaistniał w mediach, budując wokół praw obywatelskich aurę egzystencjalnego lęku o narodowy majątek.

Głosy ekspertów, prawników i organizacji takich jak Fundacja Panoptykon czy analityków z portalu Konkret24, wybrzmiały tu z całą stanowczością, choć – jak się okazało – zbyt cicho dla uszu politycznych strategów. Specjaliści od prawa własności od początku wskazywali na oczywisty fakt: obrót ziemią rolną w Polsce to jeden z najbardziej rygorystycznych i szczelnych systemów prawnych. Ograniczenia dotyczące nabywania nieruchomości przez cudzoziemców funkcjonują w zupełnie innym reżimie legislacyjnym, który jest całkowicie niezależny od tego, czy ktoś pozostaje w związku małżeńskim, partnerskim, czy żyje samotnie. Forma cywilnoprawna relacji dwojga ludzi nie ma żadnego znaczenia dla kontroli państwa nad gruntami.

W rzeczywistości polskie przepisy o obrocie ziemią to wielopoziomowa konstrukcja najeżona bezpiecznikami. Każda transakcja podlega surowej kontroli administracyjnej, wymaga spełnienia kryteriów statusu rolnika indywidualnego czy zachowania określonej wielkości gospodarstwa. Mechanizm ten opiera się na zgodach organów państwowych, a nie na „lukach” w prawie rodzinnym czy partnerskim. Teza o „ukrytym mechanizmie obejścia prawa” nie znajduje zatem żadnego oparcia w systemowej wykładni przepisów. Jest prawniczym fantazmatem, który w zderzeniu z kodeksami rozpada się w pył, ale w sferze politycznych emocji wciąż potrafi skutecznie straszyć.

Niestety, w warstwie politycznej ten pseudoargument zadziałał jako potężne narzędzie mobilizacji. Zamiast pochylić się nad rzeczywistymi skutkami ustawy, która ma uporządkować życie tysięcy ludzi, debatę sprowadzono do obrony ziemi jako dobra narodowego i elementu tożsamości. To klasyczny zabieg retoryczny: przesunięcie akcentu z konkretnego człowieka i jego praw na abstrakcyjne zagrożenie symboliczne. Taka strategia, choć komunikacyjnie skuteczna, jest głęboko szkodliwa. Zaciera bowiem granicę między realną analizą legislacyjną a czystą spekulacją, budując w społeczeństwie przekonanie o istnieniu ryzyka tam, gdzie go po prostu nie ma.

W efekcie dyskusja o związkach partnerskich została brutalnie wyrwana ze swojego właściwego kontekstu. Zamiast rozmawiać o tym, jak zabezpieczyć podstawowe prawa osób pozostających w nieformalnych relacjach – od kwestii medycznych po podatkowe – ugrzęźliśmy w sporze o hipotetyczne scenariusze, których prawdopodobieństwo graniczy z zerem. To smutny przykład tego, jak rzetelna publicystyka i ekspercka wiedza przegrywają z cyniczną grą na lękach, w której żywy człowiek staje się jedynie tłem dla walki o mityczne bezpieczeństwo narodowe.

Artykuł 18: Konstytucyjny paraliż bez arbitra

Na przestrzeni ostatnich miesięcy kluczowym polem bitwy w debacie o związkach partnerskich stała się interpretacja artykułu 18 Konstytucji RP. To właśnie ten krótki, liczący zaledwie dwadzieścia kilka słów przepis, stał się dla przeciwników zmian niemal sakralnym tekstem, za którym można ukryć brak politycznej woli. Politycy prawicy, wspierani w ramach uzgodnień międzyresortowych przez ministrów obrony, rolnictwa, infrastruktury czy rozwoju, konsekwentnie budowali narrację, według której jakakolwiek próba instytucjonalizacji związków osób tej samej płci byłaby zamachem na ustawę zasadniczą. Powołując się na zapis, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej”, sformułowali tezę o rzekomym zakazie tworzenia jakichkolwiek innych form prawnych chroniących wspólne pożycie.

Jednak w świecie nauki prawa ten „mur nie do przebicia” wygląda zupełnie inaczej. Wybitni konstytucjonaliści, z prof. Ewą Łętowską na czele, od lat cierpliwie tłumaczą, że artykuł 18 jest przepisem programowym, który nakazuje państwu szczególną opiekę nad małżeństwem, ale w żadnym miejscu nie ustanawia monopolu tej instytucji na bycie jedyną formą prawną uznawaną przez państwo. W tej interpretacji Konstytucja chroni małżeństwo kobiety i mężczyzny, ale nie „zakazuje” uznawania partnerstwa, podobnie jak ochrona parków narodowych nie oznacza zakazu istnienia lasów komunalnych. Niestety, w polskim dyskursie publicznym ta subtelna, ale kluczowa różnica między „ochroną” a „wyłącznością” została niemal całkowicie zadeptana przez polityczny pragmatyzm.

W zdrowym, demokratycznym państwie prawa tego rodzaju fundamentalny spór zostałby przecięty przez Trybunał Konstytucyjny. To on pełni rolę ostatecznego arbitra, który w drodze wiążącej wykładni powinien rozwiać wątpliwości i wyznaczyć granice dopuszczalnej legislacji. Trwający jednak od lat paraliż tej instytucji oraz głęboki kryzys jej legitymacji sprawiły, że Polska straciła swój kompas konstytucyjny. Zamiast merytorycznego wyroku, otrzymaliśmy sytuację, w której każdy polityk może ogłosić się samozwańczym interpretatorem ustawy zasadniczej, dobierając argumenty pod doraźne potrzeby swojego elektoratu.

Efektem tego stanu rzeczy jest jałowa, polityczna szermierka, w której Konstytucja przestała być fundamentem, a stała się poręcznym narzędziem do blokowania zmian. Brak jednoznacznego rozstrzygnięcia stał się dla rządu i jego konserwatywnych skrzydeł niezwykle wygodnym alibi. Bezczynność można dziś ubrać w piórka „troski o ład konstytucyjny”, podczas gdy w rzeczywistości jest to jedynie ucieczka przed podjęciem trudnej decyzji politycznej. W tym chaosie interpretacyjnym najwięcej tracą obywatele, dla których brak jasnych reguł gry oznacza kolejne lata zawieszenia w próżni, gdzie ich godność i bezpieczeństwo zależą nie od litery prawa, lecz od aktualnego nastroju w gabinetach ministerialnych.

Euforyczna histeria i twarde lądowanie: iluzja transkrypcji

W tym dusznym klimacie legislacyjnego marazmu wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz krajowych sądów administracyjnych, nakazujące transkrypcję zagranicznych aktów małżeństw, wywołały w społeczności LGBTIQ+ stan bliski euforycznej histerii. Dla ludzi, którzy latami odbijali się od urzędowych ścian, każde pomyślne orzeczenie wydawało się być pęknięciem na tamie, przez którą lada chwila miała przelać się fala sprawiedliwości. Jednak to radosne uniesienie, choć zrozumiałe na poziomie emocjonalnym, nosi niestety znamiona tragicznej krótkowzroczności, wynikającej z niezrozumienia cynicznego mechanizmu, w jakim uwięzione zostało polskie prawo.

Transkrypcja aktu małżeństwa, choć jest symbolicznym i proceduralnym sukcesem, nie posiada mocy automatycznej zmiany polskiego Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Znaleźliśmy się w pułapce „równoległych rzeczywistości prawnych”, która jest niezwykle wygodna dla klasy politycznej. Państwo polskie, przyciśnięte do muru przez prawo unijne, zostaje zmuszone do odnotowania w swoich księgach, że dany związek został zawarty za granicą, ale jednocześnie uparcie odmawia zapewnienia pełni praw wynikających z niego na gruncie krajowym. W efekcie powstaje prawny potworek: w jednej instytucji związek oficjalnie figuruje, podczas gdy w innej – na przykład w urzędzie skarbowym czy przed sądem rodzinnym – jest traktowany tak, jakby w ogóle nie istniał.

Taka sytuacja staje się dla rządzących idealnym alibi. Pozwala im ona na uprawianie polityki zrzucania odpowiedzialności: mogą twierdzić, że problem jest sukcesywnie rozwiązywany przez niezawisłe sądy, podczas gdy systemowo nie zmienia się absolutnie nic. To klasyczna strategia „zarządzania przez chaos”, w której pojedyncze wygrane batalie sądowe mają odwrócić uwagę od faktu, że cała wojna o godność jest przegrywana na poziomie parlamentarnym.

W systemie, który w swoim krwiobiegu nie uznaje małżeństw jednopłciowych, transkrypcja pozostaje jedynie urzędowym zapisem faktu historycznego – rodzajem „pamiątki z podróży”, która dla polskiego fiskusa pozostaje bytem całkowicie abstrakcyjnym. Rządzący zyskują jednak potężny argument retoryczny, którym mogą uciszać krytykę, rzucając lekceważące: „przecież sądy orzekają, ZUS obiecał honorować, o co wam jeszcze chodzi?”. W tej cynicznej grze pozory stają się ważniejsze od realnego bezpieczeństwa prawnego obywateli, a każda wygrana w sądzie paradoksalnie oddala perspektywę systemowej reformy, dając politykom pretekst do dalszej bezczynności.

ZUS i „równość selektywna” w wersji demo

Zaskakujące oświadczenie ZUS-u dotyczące honorowania transkrypcji przy wypłacie rent rodzinnych – w obliczu najnowszego orzecznictwa – ma charakter wyraźnie wtórny wobec wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego oraz ukształtowanej linii orzeczniczej Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Nie stanowi ono elementu spójnej, systemowej zmiany podejścia państwa, lecz raczej reakcję instytucjonalną na konkretne rozstrzygnięcia sądowe. Choć tworzy istotny precedens w praktyce stosowania prawa, nie przekłada się na powszechnie obowiązującą regułę i pozostaje ograniczone do ściśle określonych przypadków, uzależnionych od formalnej transkrypcji aktu małżeństwa w polskim rejestrze stanu cywilnego.

Oświadczenie wydaje się być przejawem stosowania „równości selektywnej”, która pozwala państwu wypłacić pieniądze, ale nie daje partnerom prawa do decydowania o pochówku czy dziedziczenia bez ogromnego podatku od spadków. Jest to taka jakby „równość na raty”, bo wprowadzenie uznawania małżeństw przez jedną instytucję, przy jednoczesnym braku uznania przez urzędy skarbowe czy sądy spadkowe, tworzy dualizm prawny, w którym obywatel może dostać świadczenie, ale w świetle prawa cywilnego pozostaje dla partnera obcym. To wydaje się być niczym więcej niż ochłapem rzuconym z pańskiego stołu, by uciszyć najbardziej krzykliwych aktywistów i móc zameldować w Brukseli, że „coś się dzieje”.

Świadczyć mogą o tym choćby wypowiedzi przedstawicieli urzędów miast, którzy wielokrotnie stwierdzali, że po wyroku NSA nie da się wprowadzić automatycznie transkrypcji zagranicznych aktów małżeństwa par jednopłciowych. Wskazują, że konieczne są zmiany w prawie i zmiany techniczne w rejestrze stanu cywilnego.

– Obecnie funkcjonujący System Rejestrów Państwowych nie jest wyposażony w funkcjonalności pozwalające na rejestrację małżeństw jednopłciowych, a niezbędne rozwiązania systemowe muszą zapaść na poziomie centralnym – przekazała rzeczniczka stołecznego ratusza Monika Beuth.

Dodała, że „po wprowadzeniu zmian w prawie i technologii, Urząd Stanu Cywilnego m.st. Warszawy natychmiast przystąpi do realizacji rejestracji zagranicznych związków osób tej samej płci”.

Pełnomocniczka prezydenta Wrocławia ds. równego traktowania Alina Szeptycka również oznajmiła, że nie ma możliwości technicznych transkrypcji zagranicznych aktów małżeństwa osób tej samej płci. Zaznaczyła, że do tego potrzebne jest rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych i administracji.

Dariusz Staropiętka