Przez dekady kreowano ją na perfekcyjną, uśmiechniętą boginię parkietów. Świat zapamiętał ją jako złotą dziewczynę z Australii, która sprzedała osiemdziesiąt milionów płyt i podbiła listy przebojów na całym globie. Najnowszy, trzyodcinkowy dokument platformy Netflix zatytułowany „Kylie” udowadnia jednak, że za scenicznym wizerunkiem kryje się dramatyczna walka o zdrowie, prywatność i artystyczną podmiotowość.
Reżyser Michael Harte, znany z docenionych produkcji o Davidzie Beckhamie, początkowo usypia czujność widza. Pierwsza połowa serii przypomina klasyczną opowieść o drodze na szczyt. Oglądamy archiwalne nagrania z planu opery mydlanej „Sąsiedzi”, pierwsze sukcesy pod skrzydłami brytyjskich producentów i narodziny gigantycznego hitu „I Should Be So Lucky”.
Wszystko lśni, a kolejne kadry utrwalają mit gwiazdy z sąsiedztwa, która ciężką pracą zdobyła muzyczny Olimp. Ta cukierkowa narracja szybko jednak ustępuje miejsca brutalnej rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych.
Kylie Minogue przez lata mierzyła się z bezwzględnym przemysłem rozrywkowym. Media sprowadzały ją do powierzchownego seksapilu, podważały jej talent i traktowały bardziej jako dochodowy produkt niż pełnoprawną artystkę. Twórcy dokumentu nie szczędzą widzom archiwalnych materiałów, w których nazywano ją pobłażliwie „śpiewającym ptaszkiem”. Z dzisiejszej perspektywy obrazy te budzą autentyczne zażenowanie.
Kylie Minogue od samego początku stawia sprawę jasno. Zamiast kreować bezpieczny wizerunek, zaprasza widza do niezwykle intymnego świata, w którym wreszcie zdejmuje maskę popowej ikony. Początkowo jest jednak bardzo dokumentalnie – widz nie otrzymuje niczego, o czym nie napisano w Internecie, choć na uznanie zasługuje ogromna liczba archiwalnych materiałów wideo. Prawdziwy punkt zwrotny w narracji następuje jednak w momencie, gdy dokument przechodzi do wydarzeń z 2005 roku. To właśnie wtedy, w trakcie wielkiej trasy koncertowej, u wokalistki zdiagnozowano raka piersi.
Kamera odrzuca w tym momencie radosny pop, skupiając się na dramacie zmagającej się z chorobą kobiety. W materiale pojawiają się głosy najbliższych, w tym siostry artystki, Dannii Minogue, która z nieskrywanym bólem wspomina strach o życie Kylie.
Sama piosenkarka zrzuca maskę perfekcji. Opowiada o wycieńczającym leczeniu, medialnej histerii towarzyszącej jej walce o zdrowie oraz o bolesnej świadomości, że choroba mogła bezpowrotnie odebrać jej szansę na macierzyństwo. Właśnie w tych minutach widzowie przestają patrzeć na popową legendę, a zaczynają dostrzegać kruchą, przerażoną kobietę, która po raz pierwszy całkowicie straciła kontrolę nad swoim życiem.
Kiedy wydaje się, że historia zmierza do szczęśliwego, iście hollywoodzkiego zakończenia, twórcy uderzają najmocniej. Narracja przenosi nas do czasów współczesnych, kiedy utwór „Padam Padam” staje się viralowym hitem, a Kylie w wieku 57 lat ponownie króluje w internecie i na światowych listach przebojów. Zamiast triumfalnego akordu, w finale dokumentu otrzymujemy jednak scenę, w której artystka siedzi w studiu nagraniowym ze swoim wieloletnim współpracownikiem, Richardem Stannardem.
Rozmawiając o utworze „Story”, Kylie nagle traci perfekcyjną kontrolę nad emocjami, z której słynęła przez niemal cztery dekady kariery. Głos zaczyna jej drżeć. Po chwili wyznaje coś, o czym wiedziała zaledwie garstka osób.
W 2021 roku piosenkarka po raz drugi usłyszała diagnozę nowotworową. Przez długi czas utrzymywała tę informację w ścisłej tajemnicy, tocząc cichą walkę z dala od błysku fleszy i nagłówków gazet. Twórcy unikają w tej scenie patosu i taniego wyciskania łez. Brak dramatycznej muzyki sprawia, że osobista tragedia artystki wybrzmiewa z paraliżującą siłą.
W produkcji zabierają głos postaci doskonale znane z muzycznego świata. Wśród nich znaleźli się Jason Donovan, współpracujący z wokalistką w latach 80., a także Nick Cave, z którym nagrała mroczną balladę „Where the Wild Roses Grow”. Ich perspektywy rzucają dodatkowe światło na fenomen australijskiej gwiazdy, którą sam Cave określa mianem „siły”.
Dokument „Kylie” to bez wątpienia dzieło, które wyłamuje się ze schematu celebryckich, bezpiecznych biografii. Zamiast utrwalać status ikony popu, Netflix serwuje opowieść o heroicznej determinacji na tle brutalnych ciosów od losu.

