Dzisiaj, 28 kwietnia 2026 roku, odbyło się czwarte posiedzenie Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw dotyczących statusu osoby najbliższej w związku i umowy o wspólnym pożyciu. Spotkanie odbywało się w czasie, kiedy publikowaliśmy kolejną analizę w cyklu „Swojskie sprawy” dotyczącą dwóch poprzednich spotkań komisji, ale tym razem zdominowane było przez wypowiedzi Katarzyny Kotuli – Pełnomocniczki Rządu do Spraw Równości.
Zdaniem polityczki projekt jawi się jako skomplikowana maszyna finansowa, która ma dotyczyć wyłącznie kwestii podatkowych, ubezpieczeń społecznych w ZUS i KRUS, aż po uprawnienia w służbach mundurowych i prawo do informacji medycznej. Kotula szczegółowo opisała mechanizmy, które mają chronić partnerów przed finansową degradacją: od wspólnego rozliczania PIT i zwolnień z podatku od spadków, po prawo do renty rodzinnej i zasiłku pogrzebowego. W tej technokratycznej wyliczance uderzał jednak brak entuzjazmu, który został szybko wyjaśniony w dalszej części debaty.
Moim zadaniem jest przeprocedowanie ustawy, którą uda się przeprowadzić przez Radę Ministrów, doprowadzić na biurko pana prezydenta i negocjować z panem prezydentem w zakresie minimalnego zabezpieczenia dla tych par i dla tych osób, które po prostu takiego rozwiązania na już natychmiast potrzebują – mówiła pełnomocniczka.
Atmosfera na sali uległa zmianie, gdy do głosu doszła strona społeczna. Świadectwo Cyryla Wilczyńskiego dotyczące przemocy w związkach jednopłciowych oraz pryncypialna krytyka Anny Matras z Amnesty International obnażyły fundamenty procedowanego projektu. Przedstawicielka AI wprost nazwała propozycję rządu systemem, który „zarazem nadaje i nie nadaje uprawnień”, tworząc hybrydę prawną uciekającą od jasnego uznania godności par jednopłciowych.
To wszystko powoduje istotne implikacje, także prawne, bo wyraźnie było widać, że tak naprawdę dalej nierozwiązane problemy ciągle są zawarte w tych projektach i one wynikają przede wszystkim z tej próby różnicowania sytuacji par jednopłciowych i małżeństw.
W najbardziej uderzającym momencie posiedzenia ministra Kotula porzuciła rolę urzędnika prezentującego paragrafy i, jak sama przyznała, „zdjęła kapelusz ministry”, by przemówić jako pełnomocniczka ds. równości. W szczerym wystąpieniu przyznała rację krytykom, nazywając projekt „ustawą mikro”, „rozwiązaniem minimum” i efektem trudnego, politycznego konsensusu z konserwatywnymi koalicjantami. Padły mocne słowa o tym, że choć Polki i Polacy są gotowi na równość małżeńską, to klasa polityczna „rozjechała się z elektoratem”.
Relacja Kotuli z tego posiedzenia to opis próby ratowania tego, co możliwe. Projekt został przedstawiony nie jako powód do dumy, lecz jako pragmatyczne narzędzie bezpieczeństwa finansowego, które ma być „przepchnięte” przez parlament i przedłożone prezydentowi jako propozycja tak zachowawcza, że aż trudna do odrzucenia. Ministra wprost zasugerowała, że zamiast święta godności, mamy do czynienia z próbą doraźnego zaopiekowania losu osób, które „płacą tu podatki”, a które od lat pozostają poza nawiasem systemu.
Faktycznie jest to ustawa mało o godności. Gdyby to była ustawa o rejestrowanych związkach partnerskich, to byłaby o godności, ale tak naprawdę to powinna być ustawa o równości małżeńskiej. To jest dla mnie oczywiste i nie powinniśmy różnicować tylko dlatego, że konserwatyści w Polsce nie są przygotowani na to, żebyśmy rozmawiali o równości małżeńskiej, bo rozjechali się z własnym elektoratem i mają poczucie, że Polacy nie są na to gotowi. Polska, Polacy i Polki są gotowi na związki partnerskie, są gotowi na równość małżeńską. I mogę tylko ubolewać nad tym faktem, że temat praw człowieka, równości małżeńskiej, praw osób LGBT jest zawsze tematem politycznym, jest zawsze tematem kampanijnym. Jest zawsze tematem politycznym wtedy, kiedy trzeba kreować figurę wroga, czyli kogoś, kogo możemy sobie postawić i wokół kogo możemy budować atmosferę jakiegoś zagrożenia.
Posiedzenie zakończyło się wyznaczeniem kolejnego terminu spotkania (12 maja o godz. 12:00), przy jednoczesnym poczuciu, że tworzone prawo – choć technicznie obszerne – jest jedynie kompromisowym przystankiem, a nie docelowym rozwiązaniem, na które czeka strona społeczna.

