Po dzisiejszych oświadczeniach Donalda Tuska i Rafała Trzaskowskiego, entuzjazm wokół decyzji o przystąpieniu do transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw osób tej samej płci w ciągu kilku godzin po raz kolejny zderzył się z przyziemną rzeczywistością.
Choć w mediach społecznościowych politycy Lewicy i aktywiści ogłosili sukces, chłodna analiza przepisów oraz ujawnione przez OKO.press szczegóły techniczne pokazują, że do pełnego równouprawnienia wciąż jest daleko, a nowe wytyczne rządu mogą wywołać administracyjny chaos. Zapewnienia wicepremiera Krzysztofa Gawkowskiego o „zielonym świetle” dla urzędów stanu cywilnego brzmią doniośle, jednak diabeł tkwi w szczegółach. Transkrypcja, czyli przeniesienie zagranicznego dokumentu do polskiego rejestru, jest przecież jedynie technicznym potwierdzeniem stanu faktycznego, który zaistniał poza granicami kraju.
Małżeństwa osób tej samej płci zawarte za granicą będą uznawane w Polsce. Po kilku miesiącach intensywnych prac całej @__Lewica w ramach koalicji rządowej – mamy zielone światło do wydania rozporządzenia, które umożliwi wszystkim urzędom stanu cywilnego w Polsce dokonywanie…
— Krzysztof Gawkowski (@KGawkowski) May 12, 2026
Polskie instytucje – od urzędów skarbowych po sądy cywilne w sprawach spadkowych – po dokonaniu wpisu przez USC wcale nie zaczną automatycznie traktować małżonków jak rodziny. Za sprawą planowanych postanowień rozporządzenia, dla polskiego systemu prawnego pary te wciąż pozostaną osobami zupełnie obcymi. Jakby tego było mało, wątpliwości budzi też postawa ZUS-u, który choć zapowiedział uznawanie transkrybowanych aktów, stanie teraz przed próbą spełnienia obietnicy.
Oficjalne tony polityków bledną w zderzeniu z rzeczywistością, na co zwracają uwagę sami zainteresowani. Bart Staszewski przypomniał, że dotychczasowe ustępstwa i przeprosiny premiera Donalda Tuska to nie efekt nagłego przypływu dobrej woli rządzących, lecz rezultat wieloletnich, wyczerpujących batalii sądowych.
Przeprosiny premiera @donaldtusk są na miejscu ale są wywalczone na drodze sądowej. Teraz czekamy na wolę polityczną ze strony ministerstw i instytucji publicznych aby respektować małżeństwa z pełnymi tego konsekwencjami.
— Bart Staszewski (@BartStaszewski) May 12, 2026
Wątek transkrypcji ciągnie się od lat, a kluczowym momentem był m.in. prawomocny wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 20 marca 2026 roku, nakazujący urzędowi w Warszawie dokonanie wpisu do rejestrów USC aktu małżeństwa Jakuba i Mateusza Trojanów. Gdy państwo zwlekało z wykonaniem wyroku, ulica odpowiedziała protestem pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Kolejna manifestacja zapowiadana jest na 17 maja, w Światowy Dzień Walki z Homofobią.
Aktywiści wskazują wprost, że bez realnej woli politycznej ministerstw do respektowania tych małżeństw ze wszystkimi konsekwencjami prawnymi, sam proces transkrypcji pozostanie bezużyteczny. Polskie prawo podatkowe, opiekuńcze czy spadkowe nie zna bowiem pojęcia małżeństwa osób tej samej płci, a samo rozporządzenie nie ma mocy, by to zmienić.
W praktyce oznacza to, że posiadanie polskiego aktu małżeństwa nie da parom jednopłciowym prawa do wspólnego rozliczania podatków dochodowych. Nie zwolni ich również z gigantycznego podatku od spadków i darowizn, który dotyczy osób niespokrewnionych. W szpitalach małżonkowie wciąż będą musieli legitymować się notarialnymi upoważnieniami, by uzyskać informację o stanie zdrowia partnera.
Naczelny Sąd Administracyjny wskazywał w swoich uzasadnieniach, że transkrypcja służy jedynie celom ewidencyjnym i nie oznacza wprowadzenia do polskiego porządku prawnego instytucji małżeństwa jednopłciowego. To techniczny zabieg, z którego nie wynikają żadne prawa publiczne ani prywatne (wielokrotnie o tym mówiliśmy w „Swojskich sprawach” i pisaliśmy na łamach Rainbow Star). Przez długi czas urzędnicy zasłaniali się barierą technologiczną – rejestr stanu cywilnego odrzucał dwa numery PESEL o tej samej płci.
Problem ten próbuje teraz rozwiązać resort cyfryzacji, jednak zaproponowane przez ministerstwo instrukcje budzą ogromny opór urzędników i samych zainteresowanych. Z dokumentów, do których dotarli dziennikarze OKO.press, wynika, że system wciąż nie pozwala na równorzędne wpisanie obu małżonków. Dlatego też instrukcja Centralnego Ośrodka Informacji zakłada wpisanie imion i nazwisk obu mężczyzn w jednej kolumnie „mężczyzna”, oddzielając je spacją i ukośnikiem, podczas gdy rubryka „kobieta” ma pozostać pusta. Co kluczowe, w głównych polach systemu znajdą się dane tylko jednego z partnerów. Szczegółowe informacje o drugim mężu – w tym data urodzenia czy miejsce urodzenia – mają trafiać do pola „adnotacje”. System nie pozwoli również na wpisanie numeru PESEL drugiego z małżonków, a jedynym łącznikiem ma być numer aktu.

Dla par, które wywalczyły zmiany prawne przed sądami, takie rozwiązanie, choćby tymczasowe, jest nie do przyjęcia i nosi znamiona dyskryminacji. Umieszczenie danych jednego z małżonków wyłącznie w adnotacjach uniemożliwi m.in. odnalezienie aktu w systemie teleinformatycznym po jego dacie urodzenia.
Przepisy prawa o aktach stanu cywilnego nakazują wierne i literalne przeniesienie zagranicznego aktu małżeństwa do polskiego rejestru, a proponowany przez Ministerstwo Cyfryzacji sposób transkrypcji nie spełnia tego wymogu. Jeśli dostaniemy akt sporządzony w tej wersji, będziemy musieli wnioskować o jego sprostowanie. A to znów oznacza wejście na drogę postępowania administracyjnego, a potem być może także sądowego – ostrzega Jakub Cupriak-Trojan w rozmowie z OKO.press.
Krytykę tę podzielają sami kierownicy urzędów stanu cywilnego, którzy wskazują, że wdrożenie wytycznych w tym kształcie spotęguje chaos. Taki dokument stanie się nieczytelny dla innych organów, na przykład dla ZUS-u. Ponieważ urzędnicy będą zmuszeni wprowadzać wszystkie dane ręcznie, bez możliwości weryfikacji unikalnego numeru PESEL drugiego małżonka, drastycznie wzrośnie ryzyko błędów, choćby przypadkowego powiązania niespokrewnionych osób w systemie.
Pierwotny pomysł Lewicy, zakładający przygotowanie trzech oficjalnych wersji druków aktu stanu cywilnego – w tym konfiguracji „mężczyzna/mężczyzna” i „kobieta/kobieta” – nie zyskał akceptacji koalicjantów z Kancelarii Premiera i MSWiA. Ponieważ minister Marcin Kierwiński stał na stanowisku, że system wymaga zmian ustawowych, rząd zdecydował się na doraźne wytyczne i zapowiedź szybkiego wydania ogólnego rozporządzenia. Sytuację dodatkowo komplikuje głęboki pat na szczytach władzy, który właściwie grzebie szanse na głębsze reformy. Nadzieje rozbudzone przez minister Katarzynę Kotulę, która na bieżąco informowała o pracach nad ustawą o statusie osoby najbliższej, natrafiają na stanowczy opór w Pałacu Prezydenckim.
Dziękuję premierowi @donaldtusk za ważne słowa na Posiedzeniu Rady Ministrów. Od początku pozytywnie opiniowałam kwestie wyroku TSUE, namawiając rząd do szybkiej transkrypcji. Jesteśmy winni to społeczności LGBT, która od lat walczy o równe prawa, ucząc nas też jak walczyć o… pic.twitter.com/M8NawR3yNZ
— Katarzyna Kotula (@KotulaKat) May 12, 2026
Prezydent Karol Nawrocki wielokrotnie deklarował, że nie podpisze żadnej ustawy, która choć w najmniejszym stopniu zrównywałaby prawa osób nieheteronormatywnych w związkach z konstytucyjnymi małżeństwami. Choć eksperci prawni przypominają, że artykuł 18 ustawy zasadniczej chroni małżeństwo kobiety i mężczyzny, ale nie zakazuje instytucjonalizacji innych związków, polityczny mur pozostaje niewzruszony.
Pierwotne, ambitne projekty zostały drastycznie okrojone i sprowadzone przez krytyków do miana „ustawy Współlokator Plus”. Wykreślono z niej wspólne nazwisko czy pieczę nad dziećmi, a same ceremonie przeniesiono do notariatów. Jakby tego było mało, premier Tusk otwarcie zapewnił dzisiaj sceptyków legislacji, że uznanie zagranicznych małżeństw nie oznacza zgody na adopcję dzieci przez pary osób tej samej płci.
W tym kontekście obecne działania rządu wyglądają raczej na próbę wykonania absolutnego minimum przy pomocy rozporządzenia, niż na realny przełom (bo tylko taki dokument ma szansę ominąć biurko prezydenta). Krytycy wskazują, że to próba ucieczki przed wetem i ręczne sterowanie państwem za pomocą aktów niższego rzędu, co w dłuższej perspektywie zdestabilizuje jeszcze bardziej polski system prawny.
Oficjalny komunikat Kampanii Przeciw Homofobii, celebrujący odwagę kilkunastu lat walki przed sądami, paradoksalnie uwypukla to, jak niewiele w istocie zmieniono na poziomie ustawowym. Zamiast systemowego rozwiązania i realnej ochrony obywateli, państwo polskie pod presją międzynarodową decyduje się na półśrodki. Ignorowanie wyroków unijnych i krajowych grozi bowiem Polsce dotkliwymi procedurami naruszeniowymi i karami finansowymi, na wzór scenariusza węgierskiego.
Odwaga kilkunastu lat, które walczyły o swoją godność i podmiotowość przed sądami, apel ponad 100 organizacji prawnoczłowieczych, protesty i osobiste historie wielu osób LGBT+, ich rodzin i bliskich przynoszą w końcu słuszne decyzje #transkrypcja https://t.co/Nos8jCt1R8
— Kampania Przeciw Homofobii (@KPH_official) May 12, 2026
Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, który jeszcze niedawno przekonywał, że sprawa ma charakter jednostkowy, po kolejnych trzech jednoznacznych wyrokach NSA zmienił dzisiaj front. Zadeklarował, że stołeczny USC rozpocznie transkrypcje dokumentów wszystkich par posiadających polskie obywatelstwo, które zawarły ślub w UE i złożą stosowny wniosek. Jego zdaniem zwolni to wnioskodawców z konieczności przechodzenia indywidualnej, wieloletniej ścieżki sądowej.
Ten hura optymizm jest jednak przedwczesny, bo wydarzenia dla tysięcy par w Polsce nie przynoszą żadnego przełomu. Po opadnięciu medialnego kurzu ich codzienna sytuacja prawna bez zmian w ustawach, czy bez generalnych porządków w systemach informatycznych, nie ulegnie poprawie, przez co w zasadzie nie ma powodów do świętowania. Zwłaszcza, że statystyki pokazują dramatyczne zmęczenie społeczności: ponad połowa osób LGBT+ zmaga się z objawami depresji, a brak systemowej ochrony wypycha tysiące młodych ludzi na emigrację.
Transkrypcja w obecnym, technicznym kształcie jawi się jedynie jako symboliczny urzędowy stempel, który ma zaspokoić sumienie elektoratu, podczas gdy polityczna machina pozostaje głęboko zablokowana. Analizy publicystyczne ostrzegają, że ten letarg rządu i zwrot ku konserwatywnemu centrum może doprowadzić do głębokiej demobilizacji wyborców, którzy uwierzyli, że hasło „praworządność” oznacza coś więcej niż tylko przedwyborczy slogan.

