Aktualności Felieton Prawo 

Wojna o LGBT. Zofia Klepacka kontra Bartek. Kto zwycięży?

Zofia Klepacka broni naszych dzieci przed „organizacją LGBT”. Dostaje za to medal kombatantów AK i różaniec od księdza. Jednak na przeciw niej staje inna Zosia… dziecko właśnie. Chłopiec LGBT, który urodził się jako dziewczynka. Kto zwycięży? „Wartości chrześcijańskie”, których twarzą stała się Klepacka, czy pięciolatek, który staje się twarzą „wartości ogólnoludzkich”?

Klepacka ma za sobą armię złożoną z „Polaków-etycznie-wzmożonych” czyli z polskich nacjonalistów, episkopatu, TV Trwam, Radia Maryja, PiS, Kaczyńskiego i tysięcy samozwańczych obrońców ojczyzny na Youtube. Powstają filmy wspierające Klepacką (#nasreprezentujesz – załączam poniżej), Klepackiej dają medale i różańce, Klepacka może się oprzeć na Biblii. Sam osobiście uczestniczyłem w przyznaniu Zofii Klepackiej honorowego członkostwa Armii Krajowej oddział Wschód, które odbyło się na warszawskim Grochowie. Wszedłem tam cudem, pokonując kordon bojówkarzy Legii Warszawa, którzy najwyraźniej także wspierają Klepacką. Udało mi się też z panią Zofią porozmawiać. Fragmenty tej rozmowy można zobaczyć w filmie, który opowiada o starciu Klepackiej z pięcioletnim Bartkiem.

Tymczasem Bartek może liczyć tylko na najbliższych. Na mamę, Dorotę, na siostrzyczkę, która nie jest wiele od niego starsza. No i jeszcze Bartek może liczyć na naukę, na Polskie Towarzystwo Seksuologiczne i specjalistów, którzy rozumieją, co się z nim dzieje. Choć niestety wydaje się, że w Polsce głos nauki jest bardzo słabo słyszalny. Dużo mocniej słychać głos Boga, który przemawia przez Biblię i usta swoich janczarów.

Oto, co w filmie Zmierzch, który można zobaczyć na antenie TV Trwam mówi o „gender” ksiądz Oko:

Ksiądz Oko: Genderyści to są ateiści, którzy na miejscu Boga postawili seks. Z głębi tej postawy działają i mówią. Jeżeli przyjmiemy, że są to ludzie opętani seksem, ateiści zdegenerowani przez swój ateizm, którzy ponieważ, że odrzucili Boga, a jakiegoś bożka potrzebują, to na miejscu Boga postawili seks. Traktują seks jako narzędzie polityczne, dlatego są tacy groźni.

Pytam więc Zofię Klepacką, co to jest to całe LGBT. Odpowiada mniej więcej tak:

Zofia Klepacka: Chyba pan wie.. (śmiech). LGBT to są lesbijki, geje, biseksualiści i transwestyci plus… czyli jeszcze jakieś odmiany… połączone… no…

       I dalej tłumaczy mi, że to pięknie brzmi, ten skrót LGBT, ale za tym się kryje organizacja, która chce wprowadzić do szkół seksualizację dzieci i ona się nie może na to zgodzić. Dla niej to jest zgroza. Do czego to doszło, że w dwudziestym pierwszym wieku musimy bronić normalnej rodziny, mówi Klepacka, na którą się składa mężczyzna i kobieta, co daje jedyną szansę na podtrzymanie cywilizacji. Hmm… myślę sobie, gdy z nią rozmawiam. Ona nie ma pojęcia o czym mówi. Transwestytyzm myli z transseksualizmem, a uczenie dzieci o złym dotyku z seksualizacją. Mówię jej więc, że właśnie rozmawiałem z pięciolatkiem, który urodził się jako dziewczynka, a chce być chłopcem, czyli jest takim dzieckiem LGBT Kid. I co ona na to. A ona na to, że niby tak, bo T to transwestyta. A ja jej tłumaczę, że T to nie transwestyta, tylko transseksualista, że Bartek jest osobą transseksualną, czyli transpłciową. A Zofia Klepacka na to, że niby tak, ale skąd dziecko pięcioletnie może wiedzieć, czy woli chłopców, czy dziewczynki, że to jest za wcześnie. A ja jej na to, że transseksualizm dotyczy tożsamości płciowej, a nie pożądania, że transseksualizm nie ma nic wspólnego z seksem, że jest odpowiedzią na pytanie o własną płeć, a nie na to, z kim chcę uprawiać seks. I widzę, że Zofia Klepacka słyszy o tym rozróżnieniu pierwszy raz w życiu. Nie pomyślała o tym wcześniej. Zastanawiam się, czy zdaje sobie sprawę, że właśnie dokonała seksualizacji dziecka. Ale widzę, że nie zdaje sobie sprawy. Patrzy za to na mnie uważniej, gdyż zastanawia się, skąd jestem i w jaki sposób przedostałem się przez gęste sito broniących drzwi Legionistów. Mówi, że o wszystkim powinni decydować rodzice i że musi już lecieć odebrać honorowy tytuł.

       Chciałbym być miły dla Zofii Klepackiej, gdyż jest kobietą, medalistką, ma miły uśmiech i generalnie chciałbym być miły dla ludzi. Ale moje wrażenie z kontaktu z nią jest jednak brutalne: Zofia Klepacka nie wie o czym mówi, gdy wypowiada się o LGBT, seksualizacji dzieci, czy edukacji seksualnej. Wszystkie te pojęcia jej się mieszają, nie wie, co jest czym, ulega fobiom i złudzeniom, jak choćby takim, że istnieje „organizacja LGBT”. To jest prosta dziewczyna, której na wyobraźnię siadło katolicko-narodowe wzmożenie i zamiast wiedzy ma lęk. O jej kompletnym braku wyczucia świadczy już choćby fakt, że zgodziła się przyjąć „tytuł honorowego członka AK”, co doprawdy wymaga zerowego rozeznania w tym, czym była Armia Krajowa i Powstanie Warszawskie, oraz kto jest w gronie honorowych członków tej organizacji. Przyjąć jako jawę sen, że jest się w tym gronie wymaga piramidalnego tupetu i kompletnego nie rozeznania skali… lub zwyczajnej głupoty. I mówię to bez satysfakcji, raczej ze smutkiem. Szczególnie, że cała ta afera skończyła się groteskową kompromitacją zarówno Klepackiej jak i pomysłodawcy owej nagrody, czyli niejakiego Widlickiego.

A kim jest Bartek?

       Bartek jest wesołym pięcioletnim chłopcem, choć w papierach ma zapisane „K” czyli kobieta i wpisane imię Zofia. Jak Klepacka. Tyle że Świercz. Zofia Świercz. I tak znany jest w przedszkolu, choć chciałby, by mówiono do niego Bartek, nie Zosia. Bartek Świercz. Pani dyrektor jednak nie chce o tym słyszeć. Pomimo próśb i ze strony mamy Bartka i ze strony Bartka, pomimo zaświadczeń od psychologów i specjalistów, pani dyrektor Agnieszka Orłowska jest nieugięta. Dla niej Bartek to Zosia. Chyba że jakieś bliżej nieokreślone konsylium, a najlepiej sąd przekona ją, że jest inaczej. Mówi o tym konsylium jako o warunku. Sama nie może zadecydować o czymś tak fundamentalnym, jak zmiana imienia. Wydaje się, że do dzieci można mówić dowolnie: kotku, rybko, MacGiver, ale jednak nie. Zosia ma być Zosia i tyle, bo inaczej namiesza się dziecku w psychice, a tego pani dyrektor by nie chciała, bo przecież nie jest ani psychologiem, ani psychiatrą.

Pytam więc, czy nie sądzi, że uporczywym mówieniem do Bartka inaczej niż tego sobie życzy wyrządza mu krzywdę.

– Nie. – Odpowiada. – Nie, bo Zosia raz chce… zresztą nie wszystkie dzieci mówią do niej Bartek… a ja mam w papierach Zosia i nie mogę tak sobie tego zmienić. Nie mam podstaw.

– A co mówi pani sam Bartek? – pytam.

– Mi nic nie mówi, bo ja z nim nie rozmawiam… rozmawiają nauczycielki, ale one nie mówią do niego Bartek.

Mama Bartka, Dorota, przedstawia pani dyrektor kolejne zaświadczenia, ale dla pani dyrektor to za mało. Raz nie ma okularów, żeby je przeczytać, innym razem nie ma czasu. Twierdzi, że chce pomóc, ale sytuacja Bartka się nie zmienia. Ostatnio wysłała swoje zapytania do psychologów, oraz powiadomiła sąd rodzinny. Dorota boi się teraz, że w wyniku donosu pani dyrektor, sąd odbierze jej dzieci.

– Pomimo moich wielu próśb nic się nie zmienia – mówi Dorota. – Przychodzimy do przedszkola, a ja słyszę od nauczycielki: Zosiu, taka ładna z ciebie dziewczynka, ale dlaczego znowu ubrałaś się jak chłopak! I Bartek płacze, staje się agresywny. Przez pół dnia jest dziewczynką, potem w domu chłopcem. Odreagowuje na mnie, na siostrze. To czysta schizofrenia. Proszę te kobiety od roku i nic.

– Kiedyś usłyszałam od jednej pani, która nie jest nawet nauczycielką w grupie Zosi, czy gdyby moje dziecko zechciałoby być żółwiem, to mówiłabym do niego Franklin… I wiesz, wtedy zabrakło mi tupetu, żeby odpowiedzieć, ale bardzo mnie to zabolało…

– One sobie wyobrażają – Dorota mówi o nauczycielkach w przedszkolu numer 400 na warszawskim Ursynowie – że ja jestem taką mamusią, która wymyśliła sobie, że ma synka, bo miała dwie córeczki. Że ja go ubieram w za duże buty, żeby miał chód chłopca, że podsuwam mu te męskie ciuchy… że coś sobie kompensuję. Wiesz, myślą, że to ja zwariowałam…

I rzeczywiście, gdy rozmawiam z panią dyrektor Orłowską przedstawia mi jakąś taką wizję… wizję prania mózgu… teorie psychologiczne rodem z lat czterdziestych minionego wieku.

– Oboje dobrze wiemy, że można dziecku zrobić pranie mózgu, że jak się będzie coś powtarzać, to się utrwali. Dlatego musimy bardzo ostrożnie…

– Czy pani czytała warszawską kartę LGBT? – pytam, gdy siedzę naprzeciw pani dyrektor na małym krzesełku w jednej z sal przedszkolnych.

– Tak tylko trochę – mówi. Domyślam się, co to oznacza. Pani dyrektor nie czytała tej karty wcale. A przecież ma dziecko LGBT w przedszkolu, ma matkę, która prosi o reakcję, przedstawia zaświadczenia.

– My w przedszkolu nie rozmawiamy z dziećmi na tematy LGBT – wyjaśnia. – Uważamy, że jest jeszcze na to za wcześnie.

Pytam, czy miały odpowiednie szkolenia z tego zakresu, czy wiedziałyby jak traktować takie dziecko.

– Każda nauczycielka jest po szkole pedagogicznej, ma odpowiednie wykształcenie – odpowiada pani dyrektor. Ale szkolenia w tym konkretnym zakresie nie miały. Po chwili przyznaje, że jest bezradna, że nie wie, co zrobić, jak się zachować, że nikt ich nie szkolił. Krótko mówiąc bazuje na intuicji, a intuicja jej podpowiada, że to wszystko może być fanaberia dziecka, że nie można pójść za jego potrzebą, że trzeba stawiać opór. To może mu się odwidzi.

– A jeśli później mu się odwidzi, tej Zosi? To co zrobimy? Jak my sobie spojrzymy w oczy – pyta dramatycznie pani dyrektor, jakby mówienie do Bartka Bartek, czy Mistrz Kung Fu, miało przekreślić szanse rozwojowe tego dziecka i zniszczyć mu przyszłość. Pani dyrektor sądzi, że działa w najlepszym interesie Zosi, której coś tam się ubzdurało.

– A tak naprawdę, to niech się pan przyjrzy matce – mówi mi przez telefon już po zakończonym wywiadzie. Najwyraźniej boi się, jak wypadła, gdyż z naciskiem powtarza, że muszę być obiektywny. – Tylko żeby pan zrobił obiektywny reportaż – mówi – niech się pan przyjrzy matce! Niech pan porozmawia z innymi rodzicami, co o niej sądzą… – i sugeruje, że mama Bartka jest zaburzona, że to wszystko jej wina. Z niesmakiem się rozłączam. Oto właśnie dyrektor przedszkola usiłowała szkalować mamę dziecka przed dziennikarzem, który był u niej z kamerą, by odwrócić uwagę od siebie i swojej postawy. Smutne i oburzające. Mam więc do pani dyrektor pytanie:

Skoro ma pani w swoim przedszkolu dziecko, które komunikuje transpłciowość, dlaczego nie zadała sobie pani trudu, by zasięgnąć podstawowych informacji na ten temat? Wystarczy wejść do internetu, spojrzeć na strony Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Tekstów na ten temat jest wiele. Dlaczego wybiera pani przesądy i własne intuicje, skoro na szali leży dobro dziecka?

Czy to takie trudne? Skoro pani zależy na Bartku i tak się pani martwi jego przyszłością, to dlaczego nie zadzwoniła pani po prostu do jakiegoś specjalisty w tym zakresie i nie zadała prostego pytania: jak postępować? Mogła pani zadzwonić choćby do pana Dominika Haaka, psychologa specjalizującego się w tym zakresie, z którym mi udało się skontaktować wybierając numer na komórce.

Co podpowiada psycholog?

Dominik Haak, psycholog specjalista z zakresu seksuologii klinicznej i psychoterapii zaburzeń psychicznych, o wąskiej specjalizacji pracy z osobami LGBT+ w tym osobami trans płciowymi przyjął mnie w swoim gabinecie następnego dnia po moim telefonie.

– Bartek jest dzieckiem trans płciowym, czyli o tożsamości płciowej innej niż ta, jaka została stwierdzona podczas narodzin.

– Jak należy postępować z takim dzieckiem? – pytam.

– Przede wszystkim należy przyjąć tę tożsamość i podążać za oczekiwaniami dziecka. Jakiekolwiek próby zmiany tej tożsamości lub pomysły, że można za pomocą jakiejś terapii wmówić dziecku inną płeć, są – po pierwsze – nienaukowe. Nie ma takiej możliwości, by zmienić płeć. Dlatego właśnie nie mówimy o zmianie płci, tylko o korekcie płci. Płci zmienić się nie da. Po drugie, są to działania, które wzmagają tzw. dystrofię płciową, czyli negatywne odczucia związane z wtłaczaniem na siłę w inną tożsamość płciową. Większość osób trans twierdzi, że to właśnie jest najistotniejszą przyczyną ich stresu i cierpienia.

– Proszę mi więc to powiedzieć jasno, żebym to dobrze zrozumiał, czyli płeć Bartka/Zosi to jest jego/jej decyzja? – pytam.

– Zdecydowanie tak – zdecydowanie odpowiada psycholog.

– I niczyja więcej?

– Zdecydowanie nie. Powołuję się tutaj na opinię Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, którego wytyczne są wyraźne. W opiece nad osobami trans podążamy za ich oczekiwaniami, to one same decydują, jakiej są płci i jak należy się do nich zwracać.

Boże, jakie to proste, myślę sobie. To Bartek określa swoją płeć… no jasne… Aż się chwytam za głowę! No bo kto niby miałby to za niego określić!? Sąd? Wyobraźmy sobie, że sąd stwierdza wobec mnie nagle, że jestem dziewczyną… Przecież to absurd!

– Każdy z nas wie, jakiej jest płci. Pan i ja także to przecież wiemy. Gdyby tu nagle pojawił się ktoś, kto chciałby nam wmówić, że mamy inną płeć, niż ta, którą odczuwamy, także stawialibyśmy opór. A gdyby ktoś chciał nas na siłę wtłoczyć w płeć, która nie jest z nami zgodna, odczuwalibyśmy właśnie dysforię płciową, czyli zestaw negatywnych uczuć związany z tym, że muszę funkcjonować w innej płci niż jestem.

– No tak, ale pan i ja jesteśmy dorośli, mamy świadomość siebie. A taki czterolatek, czy pięciolatek? Może on nic nie rozumie jeszcze, może trzeba go jakoś ukierunkować, popchnąć go jakoś?

– Ale ukierunkowanie na pewno nie może polegać na tym, żeby wymusić na nim, żeby zaczął funkcjonować jako dziewczynka. Ja jako specjalista rekomenduję to, w jaki sposób traktuje to dziecko jego mama. Doceniam jej determinację, by zapewnić mu takie traktowanie  ze strony reszty społeczeństwa.

– Wiesz, to nie było łatwe – mówi mi Dorota, mama Bartka, gdy rozmawiamy u nich w domu. – Czytałam, że rodzicom dzieci trans przestawienie się i pogodzenie z nową płcią dziecka zajmuje średnio dwa lata. Dwa lata! Wyobrażasz sobie, co przez ten czas przechodzi takie dziecko? Mi to zajęło trzy miesiące. Wiesz, ja też byłam przyzwyczajona do tego, że mam córeczkę. Zosię. Trudno mi się było przestawić nawet językowo. Wyobraź sobie, jak to jest, jak zaczynasz z córką chodzić na działy męskie w sklepach odzieżowych. Dziś jednak twardo walczę o syna. Nie chcę, by cierpiał.

Jestem pełen podziwu dla tej odważnej kobiety. Ja także mam dwie córki… stawiam się w jej sytuacji… Gdybym nagle musiał zaakceptować, że Matysia jest Heńkiem, czy Pawłem… To nie może być łatwe. Tym bardziej podziwiam jej determinację.

– Wie pan, gdy porównano dwie grupy dzieci i nastolatków transpłciowych, jedną, która cieszyła się akceptacją swoich rodziców i otoczenia i drugą, która nie miała takiej akceptacji we wczesnym okresie życia, okazało się, że ilość myśli i prób samobójczych różniła się diametralnie. W grupie nie akceptowanej aż 60% dzieci miało takie myśli, podczas gdy w drugiej grupie tylko 4%.

– Czy pani dyrektor swoim działaniem krzywdzi Bartka? – pytam zupełnie otwarcie i wprost.

Psycholog Haak waha się z odpowiedzią, ale po chwili przyznaje, że tak. Pani dyrektor upiera się jednak, że trzeba dać Bartkowi czas… Czas na co? Na rozbudowanie dysforii?

– Jaka jest wasza sytuacja finansowa, mieszkaniowa? – pytam Dorotę. Milczy przez chwilę, po czym odpowiada z podniesioną głową…

– Zła. Bardzo zła. Mogę powiedzieć, że leżymy. Wiesz, ojciec Bartka zostawił nas, gdy byłam w ciąży. Nigdy nie płacił na Bartka alimentów. Mieszkanie, w którym jesteśmy, wynajmujemy, a ja nie mam jak finansować tego wynajmu. Wiem już też, że stracę pracę w administracji. Nie mam żalu do pracodawcy. Na pewnym etapie musiałam wybrać. Albo praca na pełen etat, albo diagnozowanie i leczenie Bartka. Wybrałam to drugie… Ale wiesz… nasza rodzina jest miłością. I to jest dla mnie najważniejsze.

Chciałabym, by historia Bartka zmieniła świat na lepsze. Nasz świat.

Dumny jestem z Doroty i Bartka. Patrzę na nich, jak się tulą i trochę mi się łza kręci w oku.

– Kochałabym Bartka nawet, gdyby był żółwiem… – mówi nagle siostrzyczka Bartka. A ja już nie mam nic do dodania.

Klikając w poniższy link możesz wesprzeć tę kochającą się rodzinę pomogam.pl

Autor: Rafał Betlejewski fot. mediumpubliczne.pl

Polecane artykuły

Zostaw komentarz